Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
93 posty 868 komentarzy

Cud wcielonego ducha

Yurko - Cud wcielonego ducha, pierwsze słowa z wiersza Cypriana Norwida pt. PISMO, czyli nie szermować, krzyczéć, Lecz całą siłą działać

Konferencja – przelewanie pustego w próżne.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

O tym czego nie poruszano na Konferencji.

Trudno zgodzić się z rezultatem prelekcji wyłożonych przez gremium naukowe na Konferencji Smoleńskiej. Uczestnicy nie poddali analizie zgodności map satelitarnych - także tej z raportu MAK z ułożeniem szczątków, a przypomnę, że przedstawiała całą „katastrofę” przy dużym zbliżeniu, wręcz matematycznie) z leżącym wrakiem na lotnisku Siewiernyj i nie porównano go z przytoczonymi mapami. Już prawie 3 lata narzeka się (prokuratura, komisje, dziennikarze i uczeni) że nie mamy wraku i nic nie możemy zrobić, gdyż rzekomo Rosjanie nie chcą go oddać (czyt. polski rząd nie chce odebrać) a dotąd nie policzono przede wszystkim burt z oknami co można było łatwo wykonać na podstawie zdjęć.

Jeśli chodzi więc o sam wrak - od tego trzeba było zacząć. A najlepiej trzeba było zacząć od Okęcia i fałszowanych zdjęć z wylotu.

Tego niestety nie zrobiono i nadal nie bierze pod uwagę, także podczas tytułowej Konferencji. Badano natomiast nawet dotąd nieznane fragmenty, które wzięły się nie wiadomo skąd. Komisja P. i uczeni brną w coś co nie pozwala zejść z „kursu i ścieżki”. Przewodzi w tym dr. Nowaczyk i Szuladziński.

Jeśli pomija się mapę satelitarną (zbadano dotąd jedynie przesunięcia/zmiany położenia niektórych części jak ogon i statecznik) to albo uznaje się ją za fałszywą (to możliwe, że fałszywa lub pokazuje niewłaściwe miejsce), lub celowo ignoruje z innego powodu niż dociekanie Prawdy.

Uczonym w rozważaniach zupełnie nie przeszkadza fakt, że burty z oknami (3 sztuki) rzucone na wrakowisko (płyta na Siewiernym) nie istnieją na mapach z obrazem tzw. miejsca katastrofy i w najlepsze je analizują! Analizują więc inny wrak od tego, który według nich został zniszczony dwoma wybuchami.

Owszem, są przesłanki by gdzieś umiejscowić na mapach ścianki spoczywające na Siewiernym, ale dotąd, ta lokalizacja nie jest znana.

Wobec takiego obrotu rzeczy, logiczne jest by szukać drugiego miejsca w którym wypatroszono być może właściwy samolot. Tego jednak też nie uczyniono.

Przyjmując, że istnieje drugie miejsce będące częścią całej imitacji trzeba by było zrezygnować z „siedzenia na ruskiej ścieżce”, a z tym już gorzej.

Zaświtało trochę, gdy prof. Cieszewski z University of Georgia zauważył, że wygląd miejsca wypadku (pisownia z Gazety P.) i położenie szczątków zmieniało się w wyniku manipulacji.

Owszem, zmieniało się i to bardzo i nie tylko „PO” ale i „przed”. Łatwo to udowodnić. Zmiany następowały przedmiotowo i ilościowo. Będzie o tym w części o sektorach.

 

 

TU dygresja. Jeśli można było w taki „niezauważony” sposób podrzucić kolejne elementy i stosy jakiegoś złomu, to i w taki sam, „niezauważony” sposób można było podrzucić ciała Ofiar.

 

Istnieją fałszywe zdjęcia ze ścianką w której wybijano okna, co już omawiano, ale istnieją i z brakiem ingerencji, bez śladów retuszu. Wyraźnie widać równe przycięcie kadłuba przy czerwonym pasie.

 

 

czy aby jest to te same miejsce? …

Skądś tę ściankę trzeba było wziąć.... Nie ma jej na filmie eOstrołęka i podczas wizyty Putina, nie było i nie ma na mapie MAK, oraz na filmie Wiśniewskiego i „Trzecim nieznanym filmie z miejsca katastrofy” a jest rzucona na płycie lotniska.

 

Tej panoramy zabrakło na okładce wydanej ostatnio książki będącej podsumowaniem prac K.P., firmowanej przez dr. Nowaczyka. Na okładce są dwie inne panoramy z miejsca filmowanego przez S.Wiśniewskiego, ale tej nie ma. Miejsce to "zieje" pustką, brakiem złomu którego pełno na innych zdjęciach, brakiem burt z oknami które rzucono na płytę lotniska, brakiem ścianki w której wybijano okna . Fakt skrzętnie omijany...

 

Zwolennicy dwóch wybuchów, mogą tłumaczyć, że Rosjanie chcąc zatuszować ich skutki pocięli drugiego tupolewa i uzupełnili braki i stąd zapewne różnice. Przyjmując takie wyjaśnienie trzeba by było iść dalej i wyjaśnić pochodzenie tupolewa, który jest obecnie w Polsce.

 

Tak więc, w przypadku „Smoleńska” -1+3≠4.

patrz http://cudwcielonegoducha.nowyekran.net/post/76386,inwentaryzacja-na-siewiernym

 

Ten wyrzut niech będzie jak żarzące się węgle na gorące głowy uczonych. Ś.P. Prezydent Rzeczpospolitej Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy potrafił doprowadzić do inwentaryzacji zrównanej z ziemią Warszawy. Zebrany przez niego Zespół policzył wszystkie straty jakie poniosła Stolica do 1945r. Policzono nawet wieszaki, łóżka, miski, zegary itd., a uczeni ślęczący nad tzw. katastrofą smoleńską, nie są w stanie wyciągnąć wniosków z map i wrakowiska jednego samolotu. Skala badań jest nieporównywalna.

http://www.bip.warszawa.pl/dokumenty/ip/Raport_straty_wojenne_Warszawy.pdf

Czy nie jesteśmy winni Wspaniałemu i o wielkim sercu Rodakowi i tym którzy z Nim zginęli w zdradziecki sposób, by wykonać tę „robotę” porządnie jak się należy?

Co będzie jak do opinii społecznej przebije się jednak przekaz inny niż dr Nowaczyka? Przekaz o imitacji miejsca katastrofy, oszustwie smoleńskim? O zamianie samolotów? O innym, równoległym miejscu działań Rosjan w miejscu właściwego „przyziemienia”? A może jeszcze o innych faktach?

 

..............

Orazfragmenty komentarza inż Krzysztofa Cierpisza nt. Konferencji pt.:

 

Binienda kłamie, czy jest mądry inaczej?

 

Luźne uwagi ad hoc.

 

Pełny tekst inż Krzysztofa Cierpisza na stronie

http://gazetawarszawska.com/, tutaj obszerny fragment dotyczący samej Konferencji.

Nie było w zamiarze śledzenie Konferencji Smoleńskiej. Konferencja ta już w samej nazwie jest oszustwem. Powinna to być konferencja o nazwie „od jakiegoś "A" do innego "Z" losów Członków Delegacji do Katynia”.

Nazwa Smoleńsk, nie powinna występować, bo to wprowadza na zły tor i myli.

Poza tym konferencja ta jest bohaterstwem „spóźnionych na barykady”. Lada chwila miną 3 lata od momentu Zamachu, w ciągu tego 2,5 roku Naród Polski doświadczył dalszych upokorzeń moralnych i strat materialnych. Próba wydobycia prawdy została oddana w ręce prokuratorów idiotów i oszustów, „ekspertów” komisji wyższych oficerów lotnictwa, którzy miarę kątową kursu wyliczali w metrach (!).

Duża część rodzin została oszukana pod względem dochodzenia swych moralnych praw. [...]

Wracając do przebiegu tej konferencji, podpisany nie może tu napisać zbyt wiele, bo obrady te były podglądane jedynie wyrywkowo, ale i tak coś ciekawego można było zauważyć czy wyłuskać.

Pierwszym mówcą, który przykuł uwagę, był jakiś prelegent z Krakowa, który imponował pięknymi wzorami matematycznymi na temat wyliczeń warunków fizycznych lotu samolotu w aspekcie konfiguracji lotu i warunków atmosferycznych. Ogrom tego materiału podany w krótkim czasie sprawił, że nawet ś.p. prof. Zbigniew Brzoska (wytrzymałość konstrukcji lotniczych), który wszystko wyliczał w głowie, nie dałby rady nadążyć, a jak siedzieliby tam ś.p. profesorowie Dulęba lub Misztal, to byliby bardzo poirytowani amatorszczyzną rozumowania tego mentora.

 

Otóż mówca błędnie przedkładał „stan naprężeń” nad „stanem obciążeń” w procesie metodyki rozumowania, o ile słowa takie („obciążenia”) w ogóle tam padły, bo piszący ten szybki opis mówcy nie wysłuchał w całości. Wyjaśniamy jedynie, że w procesie obliczeniowym nad konstrukcją samolotu należy posługiwać się obciążeniami, jakie działają na samolot, a dopiero później na końcu sprawdza się to, czy naprężenia takie nie przekraczają tych dopuszczalnych dla danego materiału (geometria i własności mechaniczne). Naprężenia są pochodną od obciążeń. Obciążenia zaś zmieniają się w trakcie projektowania – jeszcze zanim samolot poleci – bo w projekcie cały czas robi się zmiany, które powodują zmianę masy konstrukcji jako całości lub jej fragmentów. A jak wiemy siła to inaczej obciążenie = masa x przyspieszenie (a nie ciężar, jak to poddają w niektórych dokumentach oficjalnych Unii Europejskiej, do której to każdy Polak chciał i chce: im mądrzejszy tym tęskniejszy!)

 

Następnym mówcą był chyba pan elektryk, który mocno się jąkając straszył przyszłych pasażerów tym, że kable elektryczne w skrzydle mogą wywołać eksplozję paliwa w zbiornikach i to na wszelkie sposoby. Podpisany do tej pory myślał, że jak samolot ma wiele zbiorników z paliwem, to paliwo to – w miarę zużycia - jest w swej pozostałości przepompowywane do zbiornika centralnego – bo tak byłoby lepiej dla zwrotności samolotu, bezpieczeństwa zasilania, jak i ekonomii zapotrzebowania na prąd. Bowiem liczne pompy paliwowe, pracujące w ruchu ciągłym, niepotrzebnie by go zużywały. Mówca stwierdził, co można było tak zrozumieć, że paliwo jest pobierane ze wszystkich zbiorników solidarnie i równolegle. Kiedy tak tego słuchano, żona słuchającego przyszła i powiedziała: „A coś ty taki blady? Wyjdź na świeże powietrze, to może krew wróci ci do mózgu…” Przełamując strach podpisany namacał guzik i wyłączył komputer, wybuchu szczęśliwie nie było.

 

Po jakimś czasie znowu trzeba było zajrzeć, bo znajomymi pytali: „Co tam słychać na konferencji”?

 

No wiec pojawił sam as smoleński Binienada, mówił dużo z pokorą i jak zwykle głupio. Omówienie tego przypadku pozostawimy na sam koniec, a teraz dwaj następni mówcy, którzy przystąpili do wokandy po tym luminarzu smoleńskim.

 

Pierwszym był osobnik męski nieznanego pochodzenia, który pochodzi chyba z rodziny zaplutych karłów reakcji, bo kiedy Binienda, po wygłoszonym speechu, nie zdążył jeszcze nawet skierować swego przenikliwego wzroku w oko kamery, tenże rzucił pytanie na temat losów kokpitu, które są wciąż nieznane – a co Binienda powinien umieć wyłożyć (wyjaśnić), bo bardzo pięknie mówił o nurkowaniu Tupolewa z góry do dołu i to w trudnych warunkach. Tak trudnych, że nie wiadomo już czy z bombą, czy po brzozie, czy też razem z brzozą i wybuchami na dodatek. I tu nagabnięty wykazał swój lwi pazur i odrzekł, że on nadaje tylko w sprawie warunków technicznych lotu samolotu i mechaniki rozbicia, a nie w kwestii tego, że np. kokpit został ukradziony przez czekistów. Było to mądre i błyskotliwe zarazem, ale obarczone błędem, o którym wielokrotnie wspominaliśmy na łamach „Zamachu”.

 

Chodzi o to, że jeżeli materiał dowodowy nie jest autentyczny w podstawowych, kluczowych aspektach swej autentyczności, to opieranie się na takim dowodzie jest pozbawiane sensu. Jeżeli bowiem czekiści mogli ukraść kabinę, to znaczy to, że ta kabina była kluczem do śledztwa i bez niej nic nie da się zrobić. Bo to nie idioci – wiedzą, co robią. Jeżeli czekiści mogli coś ukraść, to mogli też coś podmienić! Mogli podmienić „czarne skrzynki”, których zapis studiuje Niemczyk. Ba! Mogli przecież podmienić cały samolot, a jak podmieniliby cały samolot, to co zrobić z pasażerami? Też proste - powiedzieli oni do Polaków: „my bieriem maszynu, a wy bieritie ludiej, a świadectwa zabitych to my wam damy - papierów u nas skolko ugodno”. Tak mogli czekiści i powiedzieć, i zrobić. Wniosek z tego dla nas jest prosty: jeżeli dowód o takim charakterze jest sfałszowany choćby częściowo, to przepada on w całości jako materiał dowodowy.

 

Potem wystąpił jakiś naukowiec z WAT, a biorąc pod uwagę łysinę, był to chyba nawet generał. Otóż początek był jak się patrzy, bowiem stwierdził on, że zanim przystąpimy do analizy przebiegu zniszczenia maszyny, to aby poprowadzić prace z sensem, trzeba zrobić dobry początek, tzn. należy zbudować model cyfrowy całego samolotu. W ten sposób będzie wszystko jasne i uporządkowane, a wówczas będzie można obliczać różne warianty – do woli.

 

Otóż nie, Panie Generale, początek to trzeba zrobić nie z modelem cyfrowym samolotu, ale z cyfrowym algorytmem wejścia Delegacji na pokład samolotu. Zanim ten samolot spadnie, trzeba zbadać, jak on wystartował. Profesor, który jest generałem wojska, musi umieć wykombinować to, że katastrofa może być spowodowana przez sabotaż na pokładzie. Delegat może być sabotażystą, nie mówiąc już o stewardesach, które mogły być znarkotyzowane i zaprogramowane do dokonania prostego nawet sabotażu.

 

A co do modelu cyfrowego, to też nie może być zgody, model cyfrowy to nie jest to, co pokazuje bajdurzyk Binienda, ale kompletny samolot. Kompletny ze strukturą kontraktacji tak, jak w oryginale i z podzespołami w skrzydle, również jak w oryginale. A to nie jest możliwe szybciej niż za jakieś 10 lat. I to wątpliwe, czy za 10 lat można od zera zbudować biuro konstrukcyjne (z prawdziwymi konstruktorami po MEiL, a nie AGH - bo wszyscy z Krakowa musieliby mieć zakaz wstępu do takiego biura, aby czegoś tam nie zepsuć), które stworzy nową (WIERNĄ KOPIĘ) dokumentacji, na podstawie której stworzy się wierną kopię modelu. A to jest raczej niemożliwe, zresztą, co tu planować 10 lat, z takim elitami jak na konferencji to Polska zniknie z mapy państw prawdopodobnie już za 5 lat.

 

W problemie konieczności zbudowania modelu jako całości chodzi tu o to, co już napisano powyżej: siła = masa x przyspieszanie. A masy np. pompy, kompresora, przewodu hydraulicznego, etc. nikt w Polsce nie określi, bo nikt nie będzie miał dostępu do producenta i numeru zamówienia np. podkładki czy rury. A jak nikt nie ma masy, to nie ma siły. Gdy nie ma siły, to nie można określić naprężenia. General profesor od samolotów na WAT powinien wiedzieć to, że każdy samolot – przed oblotem – podlega ważeniu. Sprawdza się ciężar samolotu – suchy i z paliwem – oraz położenie środka ciężkości. Położenie środka ciężkości nie tylko ma wpływ na sterowność i stabilność lotu, ale i na obciążenia właśnie, bo ciało sztywne w przestrzeni obraca się wokół jego środka ciężkości. A tu też obciążenia są według wzoru na moment: siła x ramię. Aby np. obliczyć obciążenia z tytułu przyspieszeń np. odśrodkowych, musimy brać pod uwagę promień obrotu, a on zmienia się ze zmianą proporcji mas, ich wielkości i położenia. To ma zasadnicze znaczenie dla kalkulacji nt. tego, co lepsze: skrzydło czy brzoza, a nie filmidła rysunkowe, które amatorzy (ew. laicy) nazywają symulacją.

 

Dajmy sobie spokój, bo niech o skali problemu posłuży dodatkowo także informacja o ok. 2000 kg kamienia, które trzeba było wozić w którymś starszym tupolewie 154, a to z powodu złego wyważania. Bo środek ciężkości leżał zbyt daleko w tyle i trzeba było położyć w nosie samolotu 2 tony głazów!

 

Wróćmy pod koniec do amerykańskiego profesora. Otóż (ze słów słyszanych przez głośniki komputera) dowiedzieliśmy się, że w świecie nie ma ani jednego przykładu, gdzie skrzydło mogło być ucięte przez brzozę. W trakcie tego oświadczenia Binienda pokazał zdjęcie

 

 

z

http://zamach.eu/110109/TU-154.htm,

http://zamach.eu/120406/Untitled_1.html

 

gdzie stwierdził, że to także taki przypadek i tam nikt nie zginał. Otóż jest to nieprawda:

 

W wypadku tym zginęły dwie osoby.

Ten właśnie samolot stracił końcówkę skrzydła lewego uciętego niemal identycznie jak Tupolew „smoleński”.

Tu widać, że skrzydło zostało ucięte na wysokości klapy zewnętrznej skrzydła lewego.

 

Tu widać ( droga hamowania), że skrzydło się urwało, ale nawet brzozy nie ma, tylko jakieś wiechcie.

 

Niech Binienda to wyliczy na swoim programie, który tak wkoło reklamuje, a nikt nie zauważa, że to jedynie zwykła komercja, reklamowy teledysk firmy, która ten program sprzedaje, a który nie nadaje się do studiowania katastrof, a służy jedynie do optymalizacji nowych konstrukcji – aby były bezpieczniejsze.

 

Zakładając to, że usłyszeliśmy Biniende poprawnie, stwierdzamy, że osobnik ten nie wie, co mówi, nie ma kontroli nad prostym materiałem fotograficznym, który tak szeroko prezentuje wobec zgromadzonej gawiedzi.

 

 

 

Pisząc na kolanie

 

(-) Krzysztof Cierpisz

PS . Autor raz jeszcze wyraża przekonanie, że katastrofa, której skutki ukazane są na powyższych zdjęciach, była sabotażem służb. Najwidoczniej chciano, aby ów 154 spadł z dużej wysokości i spłonął, co byłyby to dowodem na to, że maszyna taka może zostać unicestwiona, a po trupach nie ma ani śladu, wsie pagibli i spaliali sia - byłoby to usprawiedliwienie dla stanu wraku smoleńskiego . Tak się – dzięki Panu Bogu – jednak nie stało. Pilotom, którzy lecieli lotem ślizgowym, odmówiono pomocy naziemnej w naprowadzeniu na jakieś lotnisko leżące na linii ślizgu. Sami szarpiąc się ze sterami, bez wspomagania odnaleźli na mapach lądowisko i wylądowali. Dzielni piloci z wielką klasą! Podobnie było z kapitanem Wroną, który został sprowokowany (sprowadzony) na Okęcie po to, aby się tam rozbić i zabić pasażerów.

 

......................

 

zdj wiodące. pt: Ruiny Starego Miasta. Zdjęcie lotnicze z 1945r. Muzeum Historyczne w Warszawie.

 

http://www.youtube.com/watch?v=ItnZJJ5t1HA&feature=related

 

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=7173&Itemid=100

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

ULUBIENI AUTORZY

więcej